niedziela, 22 grudnia 2013

Grzech Siódmy: Lenistwo

Zatrzymałem się pod naszym mieszkaniem, po czym zgasiłem silnik i wysiadłem z samochodu. Otworzyłem bagażnik i zignorowałem krzyczącą Perrie, znów przerzucając ją sobie przez ramię, niczym worek ziemniaków. Ruszyłem do drzwi, a po chwili byliśmy w środku. Postawiłem ją na ziemi i nie zdążyłem nic powiedzieć, a dziewczyna już wymierzyła mi siarczysty policzek.
-Kurwa, Pers. Rozumiem, że jesteś wściekła, ale… - zacząłem spokojnie.
-Wyprowadzam się.
-…Nie sądzę, by bicie mnie było dobrym wyjściem… Czekaj, co powiedziałaś? - zmarszczyłem brwi, mając wrażenie, iż coś mnie ominęło.
-Wczoraj spakowałam walizki. Wyprowadzam się, Zayn - szepnęła, a ja zamarłem.
-Perrie, błagam Cię. Wiem, że zjebałem tym pocałunkiem, ale nie dramatyzuj tak - powiedziałem cicho. - Nie możesz mnie zostawić, potrzebuję Cię.
-Tak, to prawda, zjebałeś tym pocałunkiem, a ja zjebałam, że go odwzajemniłam. Ale jeszcze bardziej schrzaniłeś, nie próbując nawiązać ze mną jakiegokolwiek kontaktu. Wybacz, Zayn, ale nie mam wyjścia. Poza tym, dostałam nową ofertę pracy. Chcą mnie w FBI.
-Na litość boską, Edwards! Załatwię Ci podwyżkę, kupimy większe mieszkanie i dostaniesz samochód służbowy, ale nie odchodź od nas! - zawołałem błagalnym tonem, po czym wydusiłem z siebie okrzyk. - FBI?! Czyli Ty…
-Jadę do Nowego Jorku. Dziś o północy mam samolot. Moje wypowiedzenie leży na biurku w Twoim biurze - powiedziała obojętnym tonem. Nie potrafiłem tego pojąć.
-Wszyscy wiedzą, oprócz mnie. Prawda? - spytałem, a ona jedynie się zaśmiała i odwróciła wzrok. Sztylet wbity w moje serce. Zabolało. - Perrie, jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi. Wychowaliśmy się razem, płakaliśmy razem, cieszyliśmy się razem. Spełnialiśmy nasze marzenia razem. Chcieliśmy umrzeć razem. RAZEM. Już o tym zapomniałaś?
-Nigdy o tym nie zapomnę. Jesteś moim Bad Boy’em z Bradford, nie potrafiłabym Cię wymazać z życia. Ale coś się stało. Coś się zmieniło. Dorośliśmy, Zayn. Nie mogę ciągle tkwić w miejscu, muszę ruszyć do przodu - ostrze noża przekręcone, rozrywając mięśnie. Zabolało jeszcze bardziej.
-Nie zostawiaj mnie. Bez Ciebie nie dam sobie rady - szepnąłem, czując napływające do mych oczu łzy. Wyciągnęła dłoń i pogłaskała mnie po policzku.
-Przepraszam, ale nie potrafię inaczej. Tak będzie dla nas lepiej - powiedziała, zabierając swoje torby i kierując się do wyjścia.
-Perrie? - zawołałem za nią, a ona odwróciła się powoli. - Przepraszam za wszystko.
-Nigdy nie byłam na Ciebie naprawdę zła, za bardzo Cię kocham. Żegnaj, Zayn - jej słowa wypłynęły z ust powoli i cicho, a następnym, co zarejestrowałem, był trzask zamykanych drzwi. Momentalnie upadłem na kolana i ukryłem twarz w dłoniach.
-Ja Ciebie też kocham, Perrie - wydusiłem z siebie, a następnie wybuchnąłem spazmatycznym płaczem.
   Następnego dnia czułem się koszmarnie. Miałem straszliwego kaca i nawet nie chciałem patrzeć w lustro, bo podejrzewałem, że wyglądam gorzej, niż okropnie. Jedyne, czego pragnąłem, to znów zaszyć się w domu z butelką whisky i paczką fajek. Nie mogłem przytulić się nawet do ukochanego psa. Oddałem go Caroline. Nie byłem w stanie się nim opiekować.
-Szefie, szefie! Przesłuchanie powinno zacząć się dziesięć minut temu! - do mojego gabinetu wpadł Olly, a ja uniosłem na niego wzrok. - O kurwa. Coś Ty ze sobą zrobił, co?
-Spierdalaj - mruknąłem, leniwie wstając z kanapy i zbierając rzeczy. - Tam, gdzie zawsze?
-Tak, ale… Nieważne.
-Co?
-Nic.
-Olly, mów, do chuja! - wrzasnąłem, a on spojrzał na mnie wystraszony.
-Po prostu… Nie rób z siebie ofiary, okej? Zniszczyłeś to i przez Ciebie się wyprowadziła. Nie obwiniam Cię, ale zastanów się, jak ona musi się czuć. Niepotrzebnie robisz przedstawienie - powiedział, a we mnie zawrzało.
-Przedstawienie, tak!? Nic o mnie nie wiesz! - warknąłem, a następnie wyszedłem z gabinetu, omal nie rozwalając drzwi. Szybkim krokiem wpadłem do prosektorium, gdzie już była Caroline. Bez słowa wyrwałem kartotekę z jej dłoni i zajrzałem do środka. Ostatnia ofiara. Lenistwo. Cudownie.
-Zayn? Jak się… - zaczęła, a ja wywróciłem teatralnie oczyma.
-Poczuję się lepiej, jak wreszcie się ode mnie odpierdolicie! - syknąłem, po czym ruszyłem do sali przesłuchań. Przypomniałem sobie o spokoju, jeśli chodzi o Styles’a, więc wziąłem kilka głębokich wdechów i delikatnie pociągnąłem za klamkę.
   Harry siedział nieruchomo, ze wzrokiem wbitym w blat stołu. Cicho zająłem miejsce naprzeciw niego i odłożyłem dokumenty. Uniosłem dłonie, by pomasować swoje skronie, pulsujące od bólu. Westchnąłem cicho i spojrzałem na chłopaka. Wpatrywał się we mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
-Boli, kiedy tracisz kogoś, na kim Ci zależy, prawda? - szepnął, a ja spuściłem wzrok. - Czujesz się pusty, jakby ktoś wyrwał Ci serce. Jesteś niczym i najchętniej zniknąłbyś na zawsze, by nie musieć czuć bólu. Cóż, witaj w moim świecie.
-Ty w ogóle coś jeszcze czujesz? - zapytałem, podnosząc głowę. - Z zimną krwią zabiłeś ukochanego, przyjaciół, kochanka, rodzinę… Masz jakiekolwiek uczucia w sobie, czy Twe serce jest całkiem skamieniałe?
-Nie ma znaczenia, co czuję ja. Tylko to, co czujesz Ty, jest ważne - odpowiedział, całkowicie mnie zaskakując. Uniosłem w zdziwieniu brwi, ale po chwili odchrząknąłem lekko.
-Dlaczego zabiłeś Liam’a Payne i kim był dla Ciebie? - spytałem, a on uśmiechnął się arogancko.
-Liam, mój kochany leniuszek! To o niego tak chorobliwie zazdrosna była Danielle. Pamiętasz ją, prawda? Słodziutka para, aż do porzygania się!
-A więc lenistwo. Co takiego się stało, że to zrobiłeś? - spytałem, rozsiadając się wygodniej.
-To nic trudnego. Wszyscy znaliśmy Liam’a od tej lepszej strony. Jako uśmiechniętego, pełnego radości i na zabój zakochanego w Dani, chłopaka z pobliskiego college’u. Ale każdy medal posiada zarówno awers, jak i rewers. Podobnie było z nim.
-Słucham Cię w skupieniu.
-Li był bardzo ciepłą osobą, ale tylko niewiele osób wiedziało, że lenistwo wyniszcza go od środka. Nie potrafił zrobić nic sam, dlatego zamieszkał z Danielle. Sprzątała, gotowała, prała i usługiwała, kiedy on siedział przed komputerem lub telewizorem. Każde zaproszenie na jakieś przyjęcie, imprezę, spotkanie anulował, tłumacząc się chorobą lub czymś podobnym. Ludzie nie zwracali na to uwagi. Ale ja tak.
-Gorzej to o wiele za mało. Było tragicznie. Chłopak staczał się całkowicie. Jedzenie na telefon, zakupy przez Internet, zero spacerów czy joggingu, tylko samochód. Przejście do łazienki było dla niego wysiłkiem. Ciągle spał, jadł i gnił przed komputerem. A mimo to, miał nieziemskie ciało, dla którego niejedna panna ze szkoły, dałaby się pokroić.
-Myślę, że nie jeden facet dałby się zabić, aby tak mieć - mruknąłem, na co Harry się zaśmiał. - Kontynuuj.
-Widzisz, Liam był zbyt perfekcyjny, jak na jego zniszczone wnętrze. Ciągle tylko słuchał muzyki, oglądał filmy i wcinał frytki przed komputerem. Gdyby nie Danielle, nie brałby prysznica tygodniami i nie chodziłby do szkoły. To ona zmuszała go do wszystkiego. Tylko po to, by móc pobyć zazdrosną. Głupota. Ale jemu to nie przeszkadzało. Zaczynał przeginać z każdym dniem. Aż w końcu nastąpił punkt kulminacyjny.
-Co takiego się stało?
-Zauważyłeś, że Liam nie pojawił się na pogrzebie ani Louis’iego, ani Eleanor? Nie był też na spotkaniu upamiętniającym Niall’a, chociaż traktowali się jak rodzeni bracia. Co wtedy robił Payne? Przesłuchiwał najnowszą płytę The Train. Całkowicie zapomniał o życiu poza ścianami domu. Nic dla niego się już nie liczyło. Przestał o siebie dbać. Stał się wrakiem człowieka.
   Zmarszczyłem brwi i spojrzałem Styles’owi w oczy. Coś dziwnego w nich błyszczało dzisiejszego dnia. Nieznajoma łuna świeciła w jego tęczówkach, ale nie potrafiłem tego odgadnąć. Irytowałem się.
-Jego włosy straciły witalność. Skóra zrobiła się szara. Oczy były puste i bez wyrazu. Nie uśmiechał się. A jego ciało już nie było “pomnikiem”, jak to miały w zwyczaju mawiać pierwszoklasistki. Każdego dnia umierał na nowo, ale nie dał tego po sobie poznać. Uzależnił się od napojów energetycznych, które i tak nie pomagały mu złamać lenistwa. Zaczął ćpać jakieś prochy, ale było tylko gorzej. Chcieliśmy mu pomóc. Nic mi nie jest, odwalcie się!, wrzeszczał. Nie reagowaliśmy. To był jego wybór. Aż wreszcie, pękłem.
-Co takiego się wydarzyło?
-Zabiłem Danielle i poszedłem do niego. Z kosmykiem jej włosów, jej krwią na palcach. Poszedłem i po prostu powiedziałem: Zabiłem Twoją dziewczynę, Liam. Wyśmiał mnie. Pokazałem mu to, co przyniosłem. Znów śmiech. Byłem w szoku. W ogóle go to nie ruszyło. Dzień później, policja poinformowała go o jej śmierci. Zaśmiał się po raz trzeci. Ale nic poza tym. Aż do dnia pogrzebu.
-Na nim także go nie było?
-Oczywiście, że nie. Nie chciało mu się podnieść tyłka sprzed komputera. Chciałem się z nim tam spotkać, ale odmówił. Więc, skoro Mahomet nie przyszedł do góry, to góra przyszła do Mahometa.
-Jak zareagował?
-Nawet mi nie otworzył. Wszedłem sam, a on, jak zawsze, przyklejony do monitora. Zadrwiłem z niego, że nawet nie śmiał pokazać się na pogrzebie swej ukochanej. Zadrwił ze mnie. Co z tego? Przecież śmierć, to tylko punkt przejściowy. Sam tak mówisz, czyż nie?Zdenerwowałem się, ale zignorowałem to. W końcu za chwilę miał dołączyć do Danielle. Nie mogłem tracić czasu.
-Twój plan bardzo mnie zaskoczył.
-Jestem istotą doskonałą, zapominasz o mojej boskości. A Liam kochał muzykę. Czemu nie mogłem zabić go czymś, co kocha? Otóż to. Dużo czytałem o “śmiertelnych decybelach”. Nie było dla mnie problemem, skomponować coś, specjalnie na ostatnią podróż Payne’a.
-Podejrzewam, iż się ucieszył?
-Oh, tak! Był wręcz oszołomiony! Dawno nie widziałem go takiego… Ruchliwego! Wyrwał mi płytę z dłoni i włączył w odtwarzaczu. Kiedy założył słuchawki, wycofałem się z domu. Mogłem jedynie poczuć, jak grunt pod moimi stopami się trzęsie. Odliczyłem do sześćdziesięciu. Dokładnie tyle sekund trwała moja śmiertelna dawka muzyki. Wróciłem do jego pokoju i zobaczyłem to, co chciałem.
-Liam Payne martwy. Przed komputerem, ze słuchawkami w uszach, z których ciekła krew.
-To był niesamowity widok. Do tej pory mam gęsią skórkę! - zawołał podekscytowany Styles. - Wiesz, nigdy nie sądziłem, że osiągnę coś tak niesamowitego! Że zbawię czyjeś dusze i będę mógł wynieść się na piedestał chwały! To takie podniecające! Ale Ty też kogoś zbawiłeś, prawda? Przyczyniłeś się do śmierci dziecka, pamiętasz?
-To nasze ostatnie spotkanie tutaj, Harry. Za trzy dni masz rozprawę. Dziękuję, że mogłem z Tobą rozmawiać. Twoja historia jest… To tyle, do widzenia - powiedziałem i podniosłem się z krzesła.
-Zayn, usiądź, proszę - mruknął, a ja nie wiem, dlaczego, ale wykonałem prośbę. - Nie zastanawia Cię, czemu nie chciałem nikogo, prócz Ciebie? Tutaj, na przesłuchania?
   Przełknąłem głośno ślinę, opierając łokcie na blacie i chowając podbródek w dłoniach. Spojrzałem mu w oczy. Panował w nich spokój. Chłopak nachylił się nad stołem tak, że nasze nosy niemal się stykały. Zadrżałem na tę bliskość, ale nie dałem tego po sobie poznać. Jego wzrok wypalał mnie od środka. Czułem, jak zasycha mi w gardle. Harry uśmiechnął się ironicznie i oblizał wargi.
-Wiem, że chcesz mnie pocałować, Zayn - wyszeptał, a jego oddech owionął moją twarz, mrożąc krew w żyłach.

środa, 11 grudnia 2013

Grzech Szósty: Gniew

  Kiedy tylko premier Cameron opuścił nasz budynek, nie mogłem wytrzymać ze szczęścia. Jednak moje emocje szybko opadły, kiedy przypomniałem sobie o Pers. My, cóż. Nie odezwała się do mnie ani słowem. Przyszedłem po nią, razem wróciliśmy do domu. Jak zawsze, poszliśmy na spacer z naszym psem i zjedliśmy kolację. Obejrzeliśmy jakiś durny film przy butelce wina, a potem każde z nas rozeszło się do swoich sypialni. Ani słowa w moim kierunku. Ale to przeze mnie - też się nie odezwałem. Bałem się, że ją stracę, a przez głupotę teraz czułem, że pogorszyłem swą sytuację jeszcze bardziej.
   Westchnąłem ciężko i ukryłem twarz w dłoniach, zwracając tym na siebie uwagę Caroline. Zerknęła na mnie spod okularów, a następne, co zarejestrowałem, to szybki ruch dłoni i po chwili poczułem, jak dostaję w głowę ołówkiem.
-Dzięki, Flack, bardzo jesteś pomocna - mruknąłem, a ona zaśmiała się perliście.
-A co mam zrobić? Znów nakopać Ci do dupy, żebyś się wziął w garść? Nawet nie wiem, o co chodzi. Pożarliście się o coś, czy co? Ona warczy, Ty warczysz. Dziwię się, że jeszcze się nie pozagryzaliście - powiedziała, rozsiadając się w fotelu. - No więc, chcesz o tym pogadać?
-Zdecydowanie nie - odpowiedziałem chłodno, a ona wywróciła teatralnie oczyma.
-Wiesz, jesteś strasznie ciężkim przypadkiem. W ogóle nie chcesz współpracować, więc jak mam Ci pomóc?
-Co mam Ci powiedzieć? Że jestem gejem odkąd pamiętam, a wczoraj coś mnie napadło i całowałem się z Perrie?! Ba, wręcz się na nią rzuciłem! Chciałaś, to wiesz! - krzyknąłem, uderzając dłonią w blat biurka.
-No to dojebałeś, stary… - Caroline otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia.
-Dzięki, zajebisty z Ciebie psycholog. Jak tak dalej pójdzie, to wzrośnie liczba samobójstw w Londynie - syknąłem.
-A Ty jesteś pojebanym kretynem, jak mogłeś coś takie odwalić!? Na mózg Ci się rzuciło?! Trzymajcie mnie, bo zaraz wyjdę z siebie i stanę obok.
-O nie, z dwoma takimi to bym się całkiem wykończył.
-Nienawidzę Cię, Malik, ale tylko ze względu na to, że jesteś moim szefem, nie dostaniesz w ten niewyparzony pysk. A w ramach terapii, idź pomęcz Styles’a. Wydaje się, że oboje macie tak samo nasrane w głowach - warknęła i wyszła z gabinetu, trzaskając drzwiami. Chwilę potem wszedł Olly, zerkając na mnie podejrzliwym wzrokiem.
-Chyba mamy czerwony alarm - szepnął, a ja momentalnie spiąłem wszystkie mięśnie.
-Co się stało!?
-Perrie jest zła… Caroline teraz też… A sekretarka z drugiego piętra nazwała mnie bucem, bo skomentowałem jej nowe czółenka - rzekł przestraszonym tonem, a ja zmarszczyłem brwi.
-O czym Ty mówisz?
-To chyba TE dni, no wiesz. Kurwa, nie każ mi mówić tego słowa na głos! Nie znoszę go!
-Jak one mają okres, to ja jestem papieżem - warknąłem i podniosłem się z fotela. - Po prostu się nie narażaj, okej? - uśmiechnąłem się smutno, a chłopak pokiwał głową.
   Z wypisanym przemęczeniem na twarzy, wszedłem do sali przesłuchań, gdzie już czekał Harry. Usiadłem, rzucając notesem o blat i przetarłem oczy dłońmi.
-Witaj, Zayn. Gorszy dzień? - zapytał uprzejmie Styles, na co jedynie prychnąłem:
-I po co się głupio pytasz, skoro wiesz? TY wiesz wszystko. O mnie, o Perrie, o swoich ofiarach. Na cholerę zadajesz te głupie pytania, jeśli znasz odpowiedzi?
   Harry milczał, a ja wiedziałem, że uderzyłem w czuły punkt. Teraz ja byłem o krok przed nim. Nie spodziewał się takiej reakcji po mnie, mogłem wyczytać to w jego oczach. Uśmiechnąłem się po nosem.
-Chcesz mi opowiedzieć o przedmiocie gniewu i Simonie Cowell’u, czy mogę już pójść i po prostu wsadzić Cię za kratki? - mruknąłem, niby to od niechcenia, ale zarejestrowałem, jak chłopak napina mięśnie.
-Nic nie wiesz. Nie masz pojęcia, o czym mówisz. Jesteś nikim w porównaniu ze mną i moją siłą, Zayn - powiedział chłodnym tonem. Zaśmiałem się.
-Słuchaj, słoneczko. W porównaniu ze mną, jesteś tylko rozpuszczonym dzieciakiem, któremu się w dupie poprzewracało i nie zna życia, więc nie pieprz mi tutaj o żadnej sile, jasne? Albo ze mną współpracujesz i skończysz w więzieniu, albo już teraz mogę dostać nakaz od Królowej, aby wysłali Cię do Teksasu i dokonali kary śmierci. Co wolisz?
-Śmierć jest niczym dla mnie. Mogę umrzeć nawet teraz, ale wtedy Ty będziesz umierał, że nie znalazłeś powodów, dla których zabiłem - rzekł pewnie siebie, a ja przekląłem się w myślach. Kurwa, nie doceniłem go.
-Nie musisz mi grozić, dam sobie radę bez tego. Kim był Simon Cowell? - nie dawałem za wygraną.
-Najgorszym nauczycielem pod słońcem - odparł spokojnie. - I moim wujem.
-Wujem? Byliście spokrewnieni? - zdziwiłem się.
-Był dobrym przyjacielem rodziny, dlatego nazywałem go wujkiem. Jednak nie zawsze to określenie do niego pasowało.
-Gniew? Dlatego go zabiłeś?
-Zaczynało się niewinnie. Już jako dziecko, nie raz podsłuchałem, jak przyjaciółka mamy zwierzała się jej i skarżyła, że Simon się na niej wyżywa. Bywa agresywny, ciągle krzyczy i zdarza się mu podnieść na nią rękę. Ale najlepsze zaczęło się później.
-Co masz na myśli?
-Simon był nauczycielem śpiewu w college’u, do którego poszedłem. Mimo, że nie miałem zamiaru uczęszczać na jego zajęcia, musiałem liczyć się z tym, że będę go spotykał. Dlatego już pierwszego dnia postanowiłem udać się do jego klasy, żeby po prostu się przywitać. Korytarz był puściusieńki, a zza drzwi słyszałem jedynie pianino i czyjś śpiew. Wsłuchałem się w melodię, która była naprawdę piękna i odpłynąłem. Nagle mych uszu dobiegł huk, jakby ktoś uderzył czymś o biurko. Podskoczyłem i pociągnąłem za klamkę, żeby zajrzeć do środka. Stał tam, nad jakimś chłopakiem i wymachiwał rękami. Ty smarkaty popaprańcu! Myślisz, że chce mi się na Ciebie marnować czas!? Dobrze, że Twój głupi tatuś płaci, bo już dawno bym Cię wywalił! Jesteś niezdarą! Jak można pomylić się o pół tonu w tak banalnej piosence! Wiesz, co to jest a-mol, a co to a-mol z krzyżykiem!? Pierdolony nieudaczniku!, krzyczał na niego. Byłem zdziwiony, bo moim zdaniem tamten chłopak był naprawdę niezły. Poza tym, nie mogłem wyjść z szoku, na widok wuja w takim stanie. Jak już mówiłem, wiele słyszałem, ale…
-Nigdy nie widziałeś na własne oczy? - dokończyłem, a on przytaknął.
-Chciałem się odezwać, żeby zaznaczyć swoją obecność, ale nie zdążyłem. Simon złapał tamtego chłopaka za ramiona i z całej siły wymierzył mu siarczysty policzek. Ten, ze łzami w oczach, zerwał się z miejsca i minął mnie w drzwiach. Dopiero wtedy Cowell zauważył mnie. Zaniemówiłem. On natomiast w mgnieniu oka znalazł się obok, przycisnął mnie do ściany i grożąc pięścią, powiedział: Piśnij komukolwiek słówko, a skończysz w trumnie. Nie waż się wchodzić mi w drogę, kundlu. Potem puścił mnie i wyszedł z klasy.
-Co zrobiłeś potem?
-Szczerze? Unikałem go jak ognia, bo nie wiedziałem, jak mogę się z nim rozprawić. Plotki o nim nie ucichły, ale już nigdy nie zastałem go takiego. Krył się ze swoją złością, jak tylko mógł i groził wszystkim dokoła. Jestem przekonany, że nawet dyrektor bał się go do tego stopnia, iż nie śmiał wspomnieć przy nim o zwolnieniu. Skończyłem szkołę i poszedłem na studia, ale horror trwał. Na uczelni spotkałem wiele osób, które wyszły z jego klasy “cało”. Co chwilę dowiadywałem się czegoś nowego. Simon Mściciel Cowell terroryzował i bił swoich uczniów, ale nikt nie reagował. W końcu nie wytrzymałem.
-Opowiedz mi o tym, dokładnie.
-To był dzień, kiedy odebrałem dyplom ukończenia studiów. Ruszyłem do mojego college’u, aby pochwalić się dawnym nauczycielom moim sukcesem. W drzwiach szkoły minęła mnie zapłakana dziewczyna, zakrywała usta dłonią i biegła w stronę samochodu. Zdziwiłem się, dlatego zaczepiłem chłopaka, który podążał za nią. Tak, jakbyś nie wiedział. Cowell ją uderzył. Straciła dwie jedynki, rozumiesz?, powiedział. Zamarłem. Spodziewałem się chyba wszystkiego, ale nie tego. Simon uderzył dziewczynę pięścią. DZIEWCZYNĘ. NASTOLATKĘ. PIĘŚCIĄ. DO KRWI. Nie mogłem tego dłużej znosić. W głowie miałem plan, jak zniszczyć Simon’a. Wiedziałem, że nic mnie nie powstrzyma. Bardzo pewny siebie, ruszyłem do sali muzycznej, ale było pusto. Dochodziła pierwsza, więc podejrzewałem, iż poszedł na lunch. Mogłem wszystko przygotować. Sala śmierci była do mojej dyspozycji.
-Wtedy już wiedziałeś, w jaki sposób tego dokonasz?
-Oczywiście. Usiadłem przy fortepianie i czekałem na niego. Minęło kilka minut, zanim przyszedł. Gdy mnie zobaczył, nie krył zdziwienia. Zacząłem z nim rozmawiać, był dumny z mojego dyplomu. Jednak doskonale czułem napięcie między nami. Jeden fałszywy ruch z mej strony, a mogłem skończyć, jak ta dziewczyna, albo i gorzej. Wiesz, wujaszku, dawno się nie widzieliśmy. Już nawet zapomniałem, jak grasz, zaśmiałem się. Cowell zawsze był przewrażliwiony na punkcie swego talentu, więc w ciągu ułamka sekundy usiadł obok mnie. Ułożył palce na klawiszach, a ja wstałem. Zdziwiony, chciał się podnieść, ale nie był w stanie. Posmarowałem część krzesła, na której siedział oraz klawisze, super mocnym klejem. Harry, co to ma, kurwa, znaczyć!? Zaśmiałem się. Nadszedł Twój koniec wujaszku. Widziałem strach w jego oczach. Siedział sparaliżowany, nie mogąc ruszyć się ani o centymetr. Wtedy ja wziąłem do ręki strunę, którą wyrwałem z gitary kilka minut wcześniej i objąłem nią jego szyję. Spróbuj drgnąć, a skręcę Ci kark, zagroziłem, chociaż doskonale wiedziałem, że i tak go zabiję. Dlaczego to robisz?, spytał. Jego głos drżał, a oczy momentalnie wypełniły się łzami. Poczułem ogromną satysfakcję. Ktoś, kogo bali się wszyscy, bał się w tej chwili mnie. Popełniłeś ogromny grzech, wujaszku. Wiesz, że gniew to jeden z siedmiu stopni do piekła? Kogo jeszcze zraniłeś? Oprócz cioci, tego chłopaka z mojego pierwszego dnia szkoły i dziewczyny, która wybiegła stąd zaledwie pół godziny temu, hm? Postąpiłeś bardzo, bardzo źle. Ale po to tu jestem. Aby wymierzyć sprawiedliwość. Zaczął się szarpać i wyrywać, a ja pociągnąłem za strunę i zacisnąłem mocniej. Żegnaj, wujaszku, Twój grzech został odkupiony Twą śmiercią, rzekłem i patrzyłem, jak się dusi.
-A potem tak po prostu go zostawiłeś i wyszedłeś? - chciałem się upewnić, a na twarzy Styles’a pojawił się szeroki uśmiech.
-Ja przynajmniej załatwiam sprawy do końca, Zayn - powiedział, a ja zbladłem. Od początku tego śledztwa zastanawiam się, skąd on wie tyle o mnie, jakby czytał mi w myślach, ale bałem się zapytać. - Chyba powinieneś wrócić do domu i zająć się swoim życiem osobistym, nie sądzisz? Kobiety nie lubią być obwiniane, zwłaszcza wobec swej niewinności.
   Bez słowa podniosłem się z krzesła i wybiegłem z sali. Miał rację, miał zajebiście cholerną rację. Czym prędzej wpadłem do prosektorium, a gdy zobaczyłem Perrie, momentalnie rzuciłem się ku niej. Nie zdążyła zareagować, gdy złapałem ją w pasie i przerzuciłem sobie przez ramię.
-Malik, do chuja, co Ty robisz!? Postaw mnie! - zaczęła krzyczeć, a ja starałem się ignorować zdziwione twarze ludzi, mijanych w korytarzu.
-Masz wolne, jedziesz ze mną do domu. Musimy porozmawiać - mruknąłem, kiedy jechaliśmy windą.
-Nigdzie z Tobą nie jadę! I nie będę z Tobą rozmawiać! Postaw mnie w tej chwili, bo nie będę gotować!
-Nie boję się Twoich gróźb, Pers, więc daj sobie siana - dziewczyna cały czas mnie gryzła, kopała i drapała, ale nie poddałem się. Wrzuciłem ją jak worek ziemniaków do bagażnika i zamknąłem go. Następnie wsiadłem za kierownicę i ruszyłem z piskiem opon.
-Jak tylko stąd wyjdę, to Cię zabiję, Malik! - dobiegł mnie jej głos, wydobywający się z przerwy między oparciami, a siedzeniami foteli. Zerknąłem w lusterko i widziałem, jak przekłada przez nią rękę, ale nie może sięgnąć ani mnie, ani drzwi. - Kurwa.
-Siedź grzecznie, a nikomu nic się nie stanie - powiedziałem i wyjechałem z parkingu, nucąc pod nosem jakąś piosenkę.